Właśnie mówimy o śmierci, machając nogą, jedząc orzeszki, chociaż nie mówi się o nieobecnych. To są zaledwie siniaki i zadrapania, które zrobiłyśmy sobie, jeżdząc na rowerze, ale na naszych nogach wyglądają jak rozlewiska, jak fioletowe morza i zaciekle mówimy o śmierci. I wyobrażamy sobie swój pogrzeb, na którym jesteśmy obecne, stoimy z kwiatami, podsłuchujemy rozmowy i bardziej niż wszyscy płaczemy, nasze mamy trzymamy pod rękę, na pustą trumnę rzucamy ziemię, bo tak naprawdę śmierć nas nie dotyczy, my jesteśmy inne, my kiedy indziej umrzemy albo wcale nie umrzemy. Jesteśmy śmiertelnie poważne, palimy papierosy, zaciągając się tak, że echo odpowiada w całym domu i strzepujemy popiół do pustego pudełka po akwarelkach.
Wieczko zostało podważone, zawartość napoczęta i wystawiona na to powszechne, mordercze słońce.
!!!!!!! Zrób coś, już tak nie mogę, wszystko ma kolce, powietrze ma kolce, deszcz wymierza policzki. Włosy wplatały się w szprychy roweru, odchodzą razem z głową, zrób coś, zabierz mnie stąd.
Mamy tu mnóstwo pamiątek: pocztówki z widokiem na dworzec i paznokcie obgryzione do krwi i mama mówi: nie wiem, czym kierowałaś się, jedząc własne paznokcie, zapasy kończą się, zostały już tylko palce i ręce.
Sabinko,podziwiam Cię,za Twój obecny stan mimo iż your daddy is in heaven [*]. Bo dla mnie taka sytuacja jest strasznie,strasznie bardzo nie do pojęcia...